niedziela, 11 sierpnia 2013

"Na końcu świata"

Algarve czyli południowa prowincja Portugalii zdecydowanie różni się od reszty kraju tak bardzo, że niektórzy postrzegają tę krainę jako odrębne państwo. Swoją "odmienność" Algarve zawdzięcza przede wszystkim łagodnemu śródziemnomorskiemu klimatowi, pięknym plażom i mauretańskiej architekturze. Wszystko to powoduje, że rejon ten co roku odwiedza milion turystów, tak więc i my postanowiliśmy na koniec naszego pobytu posmakować tej część Portugalii. Jako bazę wypadową wybraliśmy miasteczko Sagres- najdalej na południowy zachód wysunięty punkt Półwyspu Iberyjskiego. Największą atrakcją tego rybackiego miasteczka nie licząc doskonałych plaż do surfingu to Fortaleza de Sagres czyli fortyfikacje na Ponta de Sagres zbudowane przez Henryka Żeglarza na początku XV wieku. Niestety żadna z budowli ufundowanych przez księcia nie przetrwała do naszych czasów oprócz 43-metrowej w przekroju Róży Wiatrów (Rosa dos Ventos) na kamiennych terenach fortecznych. Z innych miejscowych atrakcji, które udało nam się zwiedzić jadąc przez smagane wiatrem okolice to:Fortaleza de Beliche i Cabo de Sao Vincente, o którym starożytni żeglarze mówili "O Fim do Mundo" (Koniec Świata). Nic dziwnego, że ten dziki, omiatany wiatrem przylądek postrzegany był za odległy kres świata, z którego rokrocznie wypływały ekspedycje kładąc tym samym podwaliny pod zamorskie imperium Portugalii. Obecnie ten kawałek Portugalii bardziej kojarzy się z surfingiem, a Sagres awansowało na surfingową stolicę regionu. Lokalizacja wioski -"lewy dolny róg" Portugalii - sprawia, że niemal zawsze są tu doskonałe warunki do uprawiania tego sportu, bez względu na porę roku. Taką informację można znaleźć w przewodniku my jednak nie spotkaliśmy na miejscu ani jednego surfera i ani jednej porządnej fali. W zamian za to jednak pierwszy raz widzieliśmy tak spokojny ocean.










Latarnia na Cabo de Sao Vicente










Kwitnąca agava




Widok z Fortalezy
Kaplica Nossa Senhora da Graca




Cypel Ponta de Sagres
Kwitnący Karpobrot








Rosa dos Ventos


niedziela, 28 lipca 2013

Sintra

"Tam Cyntra w rajskim rozsiadła się gaju.Śród labiryntu parowów i wzgórzy"-tak o Sintrze w "Wędrówkach Childe Harolda" pisał Lord Byron, który zakochał się w tym miasteczku do tego stopnia, że porównywał ją do Pól Elizejskich. Było to tym ciekawsze, że rzadko pozytywnie wyrażał się o miastach i mieszkańcach Portugalii. Nam, chociaż w Sintrze spędziliśmy zaledwie parę godzin. również bardzo spodobało się to miasteczko położone wśród malowniczych wzgórz i bujnych ogrodów pełnych okazałych wilii i pałaców. Sintra  kiedyś stanowiła letnią siedzibę portugalskich monarchów i panujących przed nimi mauretańskich możnowładców obecnie swym pięknem zachwyca turystów z całego świata w myśl starego hiszpańskiego przysłowia "Zwiedzać świat omijając Sintrę to jak krążyć po omacku". My pierwsze  kroki po przybyciu na miejsce skierowaliśmy do Palacio Nacional de Sintra czyli letniej rezydencji uprzednich władców. Ten okazały budynek istniał już prawdopodobnie za panowania Maurów, obecnie mieści się w nim muzeum, a latem obywa się w nim Sintra Music Festival. Aby dostać się do pałacowych wnętrz najpierw musieliśmy pokonać szerokie schody z których doskonale widać dziedziniec a w oddali na wzgórzu zarysy tajemniczego zamczyska. Wśród pałacowych komnat najbardziej podobała się nam ogromna "Sala dos Cisnes" gdzie z sufitów spoglądały na nas łabędzie i "Sala das Pegas", w której sufit pomalowano w sroki trzymające w dziobach napis "Por  bem", co znaczy "dla (wyższego)dobra".Tak podobno powiedział Jan I przyłapany przez małżonkę na miłosnym "tete-a-tete" z jedną z dam dworu. Poza tym jak zwykle udokumentowaliśmy "na kliszy" fotograficznej piękne azulezos. Naszą uwagę zwróciła jeszcze kuchnia, w której to dach zwęża się stożkowato w ogromne kominy. Zanim wsiedliśmy do samochodu pokręciliśmy  się jeszcze po Starym  mieście Sintra -Vila wśród wijących się wąskich uliczek pełnych małych kawiarenek i restauracyjek. Nie omieszkaliśmy, rzecz jasna, zajrzeć również do baru, w którym bywał podobno sam Lord Byron - tak przynajmniej głosił szyld nad wejściem do tego miejsca. Na koniec dziewczyny namówiły nas na wizytę w "Museu do Brinquendo", w którym to mieści się prywatna kolekcja zabawek i mieliśmy je "z głowy" na dobrą godzinę. Chociaż muszę przyznać, że i nas pochłonął ten zabawkowy świat, w którym to najstarsze eksponaty liczą 3tys. lat i pochodzą z Egiptu. Poli najbardziej podobała się kolekcja lalek Barbie od lat 60-tych do tych współczesnych, a Lence drewniane tramwaje i pociągi oraz pochodzące z lat 30-tych zabawki plażowe-pięknie malowane wiaderka czy metalowe rybki. Z żalem opuszczaliśmy to miejsce, ale czekała nas jeszcze parogodzinna podróż do Algarve.
















































czwartek, 25 lipca 2013

Na dzikiej plaży

Latem Costa Nova i Praia de Barra położone nad samym oceanem przeżywają prawdziwe oblężenie, szczególnie w weekendy trudno znaleźć dobrą miejscówkę na plaży.  Dlatego wraz z naszymi polsko-portugalskimi przyjaciółmi postanowiliśmy uciec z tej turystycznej wieży Babel i poszukać  spokojniejszego miejsca. Wybraliśmy się do Sao Jacinto, czyli położonego po północnej stronie laguny rezerwatu z dziką plażą. W przeciwieñstwie do swoich "gwarnych sąsiadów" Sao Jacinto nie jest  kurortem- to raczej mały port z kilkoma małymi kafejkami i restauracjami. I trzeba też więcej wysiłku żeby się tu dostać - my wybraliśmy przeprawę promową, ale można też złapać "taxi ria"(wodna taksówka) albo dojechać samochodem, ale wtedy trzeba znacznie nadłożyć drogi. Kiedy dotarliśmy na wydmową plażę oddaloną ok.20 min. spacerem od portu i zobaczyliśmy te nieprzeniknione połacie białego piasku, wzburzone fale oceanu, a z drugiej strony sosnowy las to wiedzieliśmy, że warto było zaryzykować tą "wyprawę" z dzieciakami. Część plaży i wdzierający się na nią sosnowy las wraz z inną roślinnością zostały włączone do Reserva Natural das Dunas de Sao Jacinto, w którym to żyje ponad 100 gatunków ptaków. Podobno warto wybrać się tam na rowerach i pojeździć ścieżkami  wśród traw i sadzawek otoczonych tajemniczą mgiełką. Wracając do portu zahaczyliśmy jeszcze o basen, który był tak schowany, że chyba tylko miejscowi wiedzą o jego istnieniu, ale dzięki temu nie mieliśmy problemu z miejscami na trawce jak i w wodzie. Po udanych wodno-słonecznych kąpielach  poczuliśmy wilczy głód i udaliśmy się na zasłużony posiłek. Knajpkę niedaleko portu polecili nam nasi niezawodni przyjaciele, którzy już kiedyś byli na Sao Jacinto i przetestowali to miejsce. Po pysznej przystawce i grilowanych sardynkach z winem verde wiedziałam, że był to słuszny wybór.



Nasi   amigos





chwila relaksu:)










poobiednia sjesta